Dzień dobry Świecie, dzień dobry Bieszczady
Po ponad 3 miesiącach ciszy w eterze, wychodzę powolutku ze snu zimowego i z mej niedźwiedziej gawry. W tym roku naprawdę w niej byłam dosłownie i w przenośni.
Zasnęłam zimowym snem w połowie listopada a dziś w połowie lutego otwieram jedno oko jak mój kot Szaraczek przytulony do kuzyna biało czarnej Ponużki. My z Pavlem też całą zimę przytulaliśmy się do siebie i naszych zwierzaków. Surowe mrozy tej zimy skłaniały nas do głębszej drzemki, ciepłego koca i bycia razem przy ogniu.
Pod koniec minionego roku, w numerologicznej dziewiątce zamykającej pewien cykl kończyło się wiele starego w nas, pewne sprawy się domykały, inne czyściły. Mieliśmy mało energii a po raz pierwszy od 8 lat nie wyjechaliśmy nigdzie ani do ciepła ani do słońca. Zostaliśmy świadomie w zimie dlatego sprawianie sobie nawzajem ciepła – słów pełnych słodyczy, małych gestów, ciepłej zupy, gorąca ognia okazał się niezbędny.
Przekornie zamiast odpoczywać, odnawialiśmy piwnicę, czyściliśmy ją aby wnieść tam coś nowego. I tak w miejsce wilgotnej graciarni, gdzie nikt nie chciał zaglądać zamieszkało słońce w postaci suchej sauny, z której teraz namiętnie korzystam morsując i zagrzewając swoje ciało naprzemiennie. Wielka radość po kilku miesiącach samodzielnej pracy we dwoje.
Czyszcząc dom, zmieniając z konieczności podłogi na parterze czyściłam też siebie. Zimowa energia i życie w naszej niedźwiedziej gawrze pośród bieszczadzkich ciemności na zewnątrz sprawiły, że zeszłam głębiej w siebie, w swoją własną otchłań. Spotkałam się ponownie ze sobą niefajną, brzydką i niemiłą ale nie tą skrzywdzoną, poranioną ale tą, która krzywdzi, rani i jest egoistyczna. Ujrzenie siebie w tych wszystkich sytuacjach od młodości po dziś było bolesnym doświadczeniem ale też oczyszczającym a przede wszystkim prawdziwym.
O ciemności, sztuce łączenia, sklejania jeszcze będzie później.
Tymczasem słońce budzi mnie do działania, jeszcze powolnego, w rytmie lutego bo zima w Bieszczadach nadal trwa. Tak jak niedźwiedzie budzą się powoli ze swojej hibernacji tak ja szukam swojego nowego rytmu nowego cyklu.
Czuję, że ten rytm będzie wolniejszy, niż kiedykolwiek wcześniej. Nie będzie zbyt wielu projektów i intensywnego działania ale raczej praca u podstaw, cicha, wewnątrz mnie podobna do tej, którą”uprawialam” pod koniec minionego roku i na początku obecnego. Praca u podstaw (jak ją nazywam biorąc od Żeromskiego) cicha, bez rozgłosu ale wśród ludzi i dla innych.
Chyba dlatego moja pauza w mediach społecznościowych była tak długa. Z poczuciem winy ….miałam wrażenie jakbym Was opuszczała a jednocześnie nie miała siły na kontakt ze światem zewnętrznym, który był dla mnie tak mocno intensywny. ….A ja czułam, że mój oddech jest wolniejszy, niż kiedykolwiek wcześniej, że rytm wystukiwany przez świat zewnętrzny (nawet ten bieszczadzki) nie jest moim rytmem. Późną jesienią wokół było dużo koncertów, wydarzeń, projektów, dużo zaproszeń, za które jestem wdzięczna ale nie czułam, że chcę w tym uczestniczyć. Wycofywałam się powoli aby nie pokazywać się na zewnątrz i zgodnie z tym co robi przyroda dookoła mnie, chowałam się w sobie. Tak jak drzewa wokół i ja wycofywałam swoje soki najpierw do środka a potem do dołu, do ziemi, do mych stóp, które stawały się coraz ciężsce. Teraz gdy ptaki śpiewają bardziej ożywione a śnieg roztapia się i ukazuje kolejne źdźbła trawy, tak i ja wychylam się do świata.
Dziś po raz pierwszy dzięki słońcu, otworzyłam drzwi balkonowe na oścież i wdychałam zimowe jeszcze, nieco mroźne powietrze przez godzinę aż zimno przeniknęło do mych kości, ale słońce ogrzewało mi twarz i dłonie więc trwałam w tym stanie ziębiona i ogrzewana jednocześnie budząc się powoli do życia. Poczułam jak krew płynie intensywniej a limfa oczyszcza ciało. Poczułam mocniejsze bicie serca i subtelną energię tuż pod skórą. Jak to bywa w Bieszczadach w lutym śnieg raz topnieje a innym razem pada intensywnie. Każdy z nas zna uczucie wpadania w błoto po kolana zaraz po wyjściu z domu. Po kilkunastu latach nie przejmujemy się już zabłoconymi butami, wszechobecną gliną dookoła a gdy noga ugrzęźnie w bieszczadzkiej brei po kolana wściekłość miesza się z uczuciem rozbawienia.Ostatnimi laty wybieram to drugie odczucie. Przynajmniej lżej jest w życiu.
Dziś z lekkością w sercu pomiędzy błotem a śniegiem pomalutku szykuję się do mego Nowego Roku. W moim prywatnym kalendarzu Nowy Rok rozpoczynam nie w styczniu ani nie w lutym, nie dołączam do żadnej grupy religijnej ani kulturowej, ale ustanowiłam swój własny Sylwester, który od co najmniej pięciu lat celebruję w swoisty dla siebie sposób ale to jeszcze chwila, może dwie. Tymczasem jestem zawieszona pomiędzy swoim starym rokiem i moim nowym, który dopiero nadchodzi.
Bosonoga
Edyta Marja Wyban
Dwernik, luty 2026 r.










