Od czego by tu zacząć? Może od tego, że kilka dni temu rozpoczął się mój Nowy Rok, mój osobisty Sylwester. Nie był huczny i napiszę o nim w innym artykule.
Może zatem zacznę od tego, że marcowa pogoda jest tal zachwycająca i słoneczna, że zaczęliśmy mieszkać na zewnątrz tak jak lubię poza nocami, które spędzamy jednak w cieple, w domowym łóżku.
Może zacznę od tego, że tuż po szokujących wieściach śmierci koleżanki i sąsiadki, niemal w całych Bieszczadach zapanował mrok i smutek odczuwany wśród wszystkich, którzy znali Jolę. Jednocześnie niemal tuż po pogrzebie, moje ciało odmówiło posłuszeństwa. Dostałam jednodniowej (jak się później okazało) gorączki a do tego silny ból gardła i kaszel, który nadal trwa. Oszczędzam swój głos i nadal nie rozmawiam co jest dość osobliwe nie tylko ze względu na fakt, że lubię mówić, ale bardziej na moje przemyślenia ostatniego roku, w których to prosiłam Wszechświat o więcej Milczenia w tym mojego własnego. Ten wątek też rozwinę chętnie w innym artykule bo może wydać się ciekawy i pomocny dla niektórych.
Złe samopoczucie i pewnego rodzaju rozpad ciała zmusił mnie do kilkudniowego leżenia w łóżku. NIe mogłam też aktywnie uczestniczyć w jednym ze swoich nauczycielskich kursów yogi ściślej medytacji. Odwołałam zajęcia i planowane spotkanie z koleżankami. Dużo leżałam i wykasływałam to co niewypowiedziane we mnie.
Gdy lepiej się poczułam a słońce wzywało mnie na zewnątrz, postanowiłam uporządkować maleńką przestrzeń pod balkonem (niegdyś dużym tarasem). Od kilku sezonów stała tam kuchenka gazowa, na której niekiedy gotowałam. Kilka łatę temu zbudowałam tam mini kącik kuchenny. To była taka kuchnia wiedźmy z paleniskiem po środku.
Tym razem powróciła chęć przygotowywania posiłków na zewnątrz a że skłaniam się znów do gotowanego jedzenia postanowiłam odkurzyć kuchenkę gazową. Wyniosłam sterty drewna z zimowego magazynku (po remoncie piwnicy). Pięć taczek później, myjąc palniki kuchenki zauważyłam, że zbudowany przeze mnie stolik na kuchenkę jest zbyt mały i nieco niestabilny. Przesunęłam więc całość na koniec, pod drewnianą ścianę, którą odnowiłam i pomalowałam na niebowy kolor delikatnie wpadający w turkus. Ścianę zewnętrzną domu też odnowiłam dając na nią gładź i pomalowałam oczywiście na turkusowo. Zbudowałam nowy stół i poprosiłam Pavla aby pomógł mi wyciąć dziurę pod kuchenkę w starym, drewnianym blacie (aby i on miał swój udział w tym miejscu). Kącik rogowy gotowy. Przyniosłam z byłego pokoju pracownika nieużywaną lodówkę podblatową i również ją ulokowałam na zewnątrz podwórka, pod daszkiem. Ze stodółki zabrałam wieszak na kubki ludowe i komodę z szufladami bo i tak w stodółce coraz rzadziej zaparzam herbatę z powodu braku bieżącej wody i zlewu. Bieganie z kotłowni do zagajnika i z powrotem bywało zbyt uciążliwe. Teraz przytulona tuż przy kotłowni będę lepiej zorganizowaną i chętniej skorzystam z tego miejsca.
Na półce zawiesiłam wszystkie moje plenerowe kubki i czajniczki, w których wynosiliśmy kawę i herbatę na zewnątrz. Obok lustro i szafeczka drewniana na drobiazgi,
Drucianą szczotką wyczyściłam kamienny murek a po położeniu na nim cienkiego materaca stał się wyśmienitym łóżkiem plenerowym z ekspozycją na południowy zachód.
Gdy kuchnia była prawie gotowa, postanowiłam zaszaleć jeszcze bardziej.
W kąciku były zniszczone drewniane plastry, które lata świetności miały za sobą. Reszta to była glina a gdzie nie gdzie mech i trawa,
Za to zimą po zerwaniu modrzewiowych desek podłogowych z dziennego pokoju, nad stawem leżała sterta tychże desek, z których chciałam zrobić podest do jogi lub coś podobnego. Jednak jedno spojrzenie na deski wystarczyło abym zbudowała podłogę do mej kuchni plenerowej przesuwając się w stronę rzeki tworząc naturalną jadalnię. Jak pomyślałam tak zrobiłam. Jakieś osiem godzin później podłoga była gotowa. Choć chciałam ją zeszlifować do surowych desek zwykłą szlifierką, po pół godzinie darowałam sobie ten trud a deski zostawiłam takie jakie były – trochę bielone, trochę przetarte.
Niestety prawie po środku mojej plenerowej jadalni stoi klocek betonowy stanowiący kiedyś konstrukcję dla podparcia filaru tarasu. Aby był niewidoczny, nad nim zbudowałam stół. Blat zrobiłam z ostatnich desek podłogowych. Ma ponad dwa metry długości i spokojne pomieści osiem osób celebrujących życie, niespieszne picie herbaty czy po prostu bycie ze sobą.
Na koniec zaczęłam maskować deskami rozpadające się deski i belki balkonowe, które w końcu będą domagały się całkowitej rozbiórki. Dlatego ta wersja mojej kuchni plenerowej nie będzie miała zbyt długiego życia. Mimo to cieszę się nią jak dziecko. Opisuję też cały proces budowy abym nie zapomniała go i też dlatego, że tym razem niczego nie filmowałam.
Wczoraj przyjechali znajomi z Czech, z którymi zjedliśmy tutaj prosty ale niezwykły posiłek. Niezwykły bo ugotowałam go na tej kuchence spoglądając cały czas na Połoninę Caryńską i Dwernik Kamień, prosty bo była to zwykła gryka z soczewicą a do tego buraczki i zielona sałata i olejem z pestek dyni.
Siedzieliśmy przy niedokończonym jeszcze stole, Robiło się coraz zimniej ale zachodzące słońce dawało nam wiele energii i radości. Ten z pozoru banalny posiłek zbliżył nas do siebie a mnie uszczęśliwił bo znów mogę pomieszkiwać na zewnątrz tak jak kocham pośród ptaków, wiewiórek, popielic, moich kotów, chrabąszczy i trzmieli. Gotowanie i słuchanie szumu rzeki i patrzenie na to jak świat budzi się do życia to coś pięknego, niezapomnianego i niezwykłego. Każdej wiosny proces przebudzenia natury wokół mnie daje nadzieję na nowo, witalność, miłość, zachwyt. Czekamy na pierwsze zielone pąki na drzewach. To będzie przecież lada moment i zanim zauważę, już będę chodziła z koszami wiklinowymi na plecach po zioła, liście a potem owoce, korzenie, korę, potem suszenie i znów hibernacja aby czekać na nadejście kolejnej wiosny.
W nocnej odsłonie kącik plenerowy też prezentuje się całkiem nieźle a co ważniejsze jest użyteczny.
Na koniec tak sobie pomyślałam, że od dziecka uwielbiałam przenosić łazienki i kuchnie na zewnątrz. W mieszkaniu rodzinnym w bloku zakradałam się w nocy na balkon aby móc spać na materacu na zewnątrz. Wynajmując mieszkania w Warszawie, jeśli to posiadało jakikolwiek balkonik, natychmiast go ukwiecałam, dawałam stolik i umieszczałam tam wszystko co było możliwe do życia na zewnątrz choćby w wersji miniaturowej. Miałam tam biurka, mini łóżka czy kuchenki a gdy balkon był większy tak jak ten w krakowskich Bronowicach stanął tam nawet kredens. Być może znajdę kiedyś stare zdjęcia z tych mieszkań w Warszawie i Krakowie aby sobie przypomnieć jak to było a może to zainspiruje kogoś z Was. Oczywiście z własnego wyboru jestem szczęściara, która ma dużą działkę i mogę sobie organizować plenerowe łóżka, kuchnia i łazienki jakie sobie wymyślę, ale mając nawet maleńki balkonik (jeśli oczywiście przepisy tego nie wykluczają) wiem, że można zainstalować bezpieczną, małą kuchenkę choćby elektryczną albo chociaż czajnik elektryczny czy kafeterię zabezpieczone przed deszczem i zorganizować sobie kącik herbaciany sprawiając, że we własnym mieszkaniu poczujemy się jak w najpiękniejszej herbaciarni. Do tego kilka lampek zewnętrznych w postaci choćby małej girlandy i mamy namiastkę fajnej kafejki we własnym domu.
A takie miejsca jak moje – na jakiś czas, niedoskonałe, niedokończone ale zrobione z sercem można zaaranżować niemal wszędzie gdzie jest fragment wolnego dachu. Mój kącik kuchenny ma zaledwie metr na 4 m. A pomieścił kuchenkę, blat roboczy, lodówkę, pojemniki na śmieci, komodę i półkę na kubki i nie tylko. Wykorzystałam wszystko co już było, deskom podłogowym dałam nowe życie (nawet jeśli miałoby trwać zaledwie dwa sezony), półki odnowiłam wyszlifowałam, docięłam na wymiar a w trakcie prac zabrakło mi wkrętów więc nawet one pochodzą z odzysku. Chodziłam po działce i sprawdzałam, czy jakiś materiał (deski, belki) nie ma w sobie zapomnianych wkrętów. Tym sposobem udało mi się odzyskać jakieś kilkadziesiąt wkrętów nieco przyrdzewiałych, pamiętających inne czasy ale nadających się spokojnie do użycia. Deska po desce, gwóźdź za gwoździem, pomysł za pomysłem, marzenie za kolejnym marzeniem – tak powstała plenerowa kuchnia po rekonstrukcji.
Już korzystam i zamierzam do późnej jesieni cieszyć się tym miejscem, widokami, świeżym powietrzem i zapachami drzew, trawy i ziół mnie otaczających.Staram się nie zapominać, że jestem częścią przyrody mnie otaczającej. W chwilach takich jak ta, gdy popijam zioła zebrane w minionym roku przeze mnie, zaparzone w plenerowym kąciku kuchennym z widokiem na Carycę przepełnia mnie wdzięczność i cicha, pulsująca radość.
Dziękuję za ten dzień i mój piękny początek roku.
Choć ciało energetycznie i fizycznie nie czuje się jeszcze dobrze a oskrzela są osłabione, moja duszyczka już się raduje na wszystkie spotkania, jakie będą miały miejsce w tym kąciku, na wszystkie napary wspólne wypite i wszystkie zupy gotujące się w żeliwnym kociołku….
Dzisiaj wiem, że czasem zamiast nadmiaru słów, zamiast nawet przytulenia albo wspólnej praktyki yogi na macie, drugi człowiek potrzebuje niekiedy prostej czułości wyrażonej posiłkiem w postaci miski ciepłej zupy. Gdy ta zupa przyrządzona jest z miłością i pieczołowitością ale i z prostotą potrafi zadziałać magicznie. Taka zupa potrafi rozpuścić lód w sercu, otulić matczyną miłością, której być może się nie zaznało i zwyczajnie napełnić głodny żołądek a głód miłości zostaje przynajmniej na tę krótką chwilę zaspokojony robiąc przestrzeń na nowe.
Gotując przez kilka lat dla moich gości miałam okazję widzieć jak podawanie posiłków i gotowanie ich ze szczerą intencją karmienia innych i dawania czegoś zdrowego, dobrego i smacznego zmienia, przemienia i transformuje. To rodzaj pięknej alchemii a dziś wiem, że codzienne życie może być tą alchemią. Być może dlatego niekiedy powracam do gotowania i sama dla siebie znów gotuję – coraz prościej, coraz zwyczajniej za to z czystą radością i takiej radości w kuchni i Wam życzę czymkolwiek ta kuchnia jest i gdziekolwiek jest. Nie ważne czy kuchnia to tylko na prędce zrobiony kącik, czy nowoczesna zgodnie z najnowszymi trendami otwarta kuchnia wychodząca na przeszklony salon czy wiejska, ludowa ze skrzypiącymi drzwiczkami albo pozornie nijaka odziedziczona po rodzinie pamiętająca lata 80 tce. To tylko oprawa i fizyczne miejsce. W każdej z nich bez wyjątku można przyrządzić coś wspaniałego, pysznego i zdrowego co doda energii, uspokoi dla odmiany albo wesprze proces zdrowienia. Najbardziej liczy się ten, który gotuje a im więcej serca włożonego w proces tym pyszniejsze danie (choćby to byłe zwykłe naleśniki) o czym każdy kucharz czy dobra gospodyni dobrze wiedzą.
Tymczasem wracam do przyrządzania ziela szanty wg Hilgegardy – moja deska ratunkowa na me oskrzela.
Z wdzięcznością, do zobaczenia w lesie, na łące, nad rzeką.
BosoNoga Edyta 9 marca 20206

















































