Jest taki moment w moim życiu, którego żywy obraz do mnie dziś powrócił. Jeszcze nie wiem dlaczego akurat dziś, teraz gdy lipcowe słońce ogrzewa moje ciało a ja leżąc na łóżku rozpadającego się balkonu piszę te słowa w przerwie prac „komputerowych” (jak je nazywam).
Mam szesnaście a może piętnaście lat. Pierwsza klasa szkoły średniej. Biegnę na bieżni podczas zajęć wf-u. Czuję jak unoszę się nad bieżnią, prawie fruwam, za każdym razem gdy jedna noga odrywa się od tartanowej nawierzchni, miękkiej i sprężystej, tuż za nią odrywa się druga stopa i jest taki moment, w którym obie nogi są w górze, może to trwa nanosekundę a może kilka sekund – nie pamiętam ale pamiętam ten ruch w locie, przyjemność aby nie powiedzieć euforię jaką mi sprawiał. Czułam wiatr we włosach, zapach lekko spoconej skóry, przyspieszone tętno, coraz głośniejszy oddech. Z jednej strony ciało było z każdym kolejnym metrem bardziej zmęczone ale ta chwila gdy obie nogi unosiły się w powietrzu była fruwaniem. Czułam lekkość, delikatność jakbym leciała nad ziemią, unosiła się. Było to połączenie tańca, baletu i biegania.
Być może dlatego tak bardzo lubiłam biegać i na kilka lat stało się to moją nie tylko pasją ale ścieżką zawodowej lekkoatletki (ale nie o tym chciałam pisać). Ten epizod mnie biegającej i zdobywającej medale wraca co kilka lat do mnie jak choćby niedawno gdy mój tato przywiózł mi w prezencie moje dyplomy i medale które trzymał w domu pomimo wielu przeprowadzek. To wzruszające, że rodzic po trzydziestu czterech latach oddaje Ci dowody `twoich sukcesów zaznaczając chyba tym samym swoją dumę z osiągnięć córki.
Medale schowałam do szklanego słoika i stoją nieopodal albumów ze zdjęciami. Przypominają mi czego nauczył mnie sport – zdrowej, mądrej rywalizacji, szacunku do innych, cieszenia się z cudzych sukcesów, umiejętności przegrywania jeśli na podium nie stawałam ale też konsekwencji, pracy nad sobą i takiej zwyczajnej ludzkiej pokory, że nie zawsze musi mi się udawać i że porażki są wpisane w życiowy scenariusz.
Wracając jednak do moich organoleptycznych doznać związanych z samym bieganiem, uczucie fruwania ponad ziemią wróciło choć przecież siedzę w pozycji półleżącej na łóżku nie mogąc się zdecydować czy pracować czy nic nie robić.
I nagle słyszę głos z przeszłości mojej nauczycielki wfu a potem trenera z klubu.
Edytka świetnie biegasz i unosisz się nad ziemią jak gazela. To Twój niepowtarzalny styl. Wygląda to bardzo pięknie ale mam prośbę, abyś popracowała nad nim trochę. Widzę, że Twoje stopy nie opadają na ziemię w ogóle. Biegasz na palcach. Spróbuj położyć stopy na tartanie. Biegaj na całych stopach i niżej a dzięki temu na średnich dystansach zyskasz dla siebie nawet kilka sekund.
Długo pracowałam wówczas nad zmianą swojego stylu, bo fruwanie i unoszenie się nad bieżnią było naturalne i takie moje, ten ruch wypływał jakby z trzewi ale żeby zadowolić trenerów i mieć lepsze wyniki w mitingach zaczęłam stawiać swoje całe stopy na ziemi a unosiłam się już tylko wtedy gdy biegałam sama dla siebie a nie podczas zawodów.
Kariera moja sportowa skończyła się wraz urodzinową inicjacją ukończenia 18 lat i nagłą chorobą a potem przyszło „dorosłe” życie i wzloty oraz upadki ale ja na wiele lat zapomniałam o możliwości latania i unoszenia się ponad ziemię. Co rusz bardziej dorośli i dojrzali ludzie przypominali mi o schodzeniu na ziemię, myśleniu o utrzymaniu się, dobrej pracy, mieszkaniu itd. i to była właśnie ta praca nad życiem na całych stopach, przy ziemi pośród codziennych spraw a ja gdzieś głęboko w sercu chciałam się unosić do gwiazd, do nieba.
Każda próba fruwania, wspinania się na palce gdzieś podświadomie przypominała mi komunikaty z przeszłości te dosłowne i te metaforyczne : „zejdź na ziemię”, „opuść pięty”, „bądź twarda”.
Wyjazd w Bieszczady i procesy, które go poprzedziły pozwoliły mi na nowo fruwać i dać sobie zgodę na unoszenie się nad ziemię tak jak lubiłam kiedyś i jak się okazuje nadal lubię.
Delikatne stąpanie bose po ziemi, często na palcach dziś mogę interpretować jako delikatność, subtelność baletnicy, która chce sięgnąć nieba ale też trochę niechęć do twardego stąpania po ziemi, która łatwą do życia dzisiaj nie jest. Spotykam coraz więcej ludzi chorych, nieszczęśliwych, uwikłanych i próbuję sama uczciwie spojrzeć na swoje życie – czy jest w nim nadal lekkość czy więcej ciężkości? Czy jest miejsce na latanie czy tylko bycie na ziemi, przy ziemi.
Zabawne, że w gimnastyce słowiańskiej w tradycji białoruskiej moja nauczycielka uczyła mnie jak nie stawać na palce. Moje nogi wyrywały się do nieba a ona powtarzała , oderwij tylko minimalnie stopy od ziemi (to prawie niewidoczny ruch) a ja dziś od czterech lat jako nauczycielka słowiańskiej to samo powtarzam swoim uczennicom – oderwij delikatnie stopy, nie unoś się na palcach i dopiero dziś zrozumiałam, że powielam ten sam schemat z przeszłości moich trenerów i nauczycielek wfu – nie unoś się za bardzo i oczywiście nie chodzi o unoszenie się gniewem, emocjonalne czy w innym znaczeniu np. wywyższania się. Chodzi o raczej o wzlatywanie ponad ziemię, do nieba, do gwiazd, w przestworza, unoszenie się z wiatrem. Zatem z tyłu głowy słyszę głos dość brutalny choć zdaje się być tym racjonalnym „Zejdź na ziemię” ale czy tego właśnie potrzebuję dzisiaj?……
A jak jest w Waszym życiu? Lubisz fruwać, unosić się nad ziemię, czy wolisz opadać i czuć oparcie w niej? Gdzie znajdujesz balans? Czy zmieniasz się aby spełniać oczekiwania innych? Czy zmieniasz swój styl aby zadowolić bliskich ? Kroczysz na palcach, na piętach a może na ciężkich od trudu życia całych stopach?
Ja sama pozostanę dziś z tymi pytaniami nie dlatego, że mi jakoś smutno czy źle tylko wspomnienie wywołało lawinę uczuć, pytań i odczuć, które być może mają mi coś nowego pokazać i wiecie co – chyba pójdę pobiegać nie tylko symbolicznie ale naprawdę jak gazela, na palcach jak kiedyś aby powróciła do mnie tamta szesnastoletnia dziewczyna a może tym sposobem zmienię po hawajsku swoją przeszłość przynajmniej we wspomnieniach i napiszę swój nowy scenariusz tamtego etapu życia …. Zatem wspinam się na palce i biegnę przed siebie fruwając bo czemuż by nie…..Być może tamta ja 16 letnia chce mi jeszcze coś powiedzieć po latach a ja lubię rozmawiać z tamtą sobą z przeszłości ….bo z czasem przychodzi trochę nowych odpowiedzi na pytania pozornie nie zadane ale z pewnością gdzieś głęboko skrywane i odczuwane….i tym rymem żegnam się dzisiaj serdecznie w zadumie, w zamyśleniu ale wiecie co…..stając na palcach, na jego opuszkach bo mogę bo chcę …..
Dwernik, Bieszczady, 29 lipca 2026r.





